Promyki słońca osiadały się na jej
porcelanowej twarzy. Spała w pozycji siedzącej, nie stroniąc od drgawek, które
spowodowało przemarznięcie w trakcie poprzedniej, chłodnej nocy. Pień akacji
stanowił oparcie dla jej pleców, a żółte liście, jakie spadały z najniższych
gałęzi, aby następnie osiąść na jej głowie i nogach, imitowały pierzynkę.
Bezwładne dłonie stykały się z delikatną warstwą mchu, który oblegał
powierzchnię całego miejsca, jaki zdążył uchwycić jej widnokrąg. Ciało
dziewczyny było czyste — nie było na nim krwi ani blizn, nie było również
głębokiego rozcięcia w wardze i szramy na czole. Nie wyglądała jak
ofiara wypadku.
Cykot świerszczy zbudził Nikolę z
głębokiego stanu podświadomości, a jej sen, którego spamiętać nie mogła, uciekł
tam, gdzie król piechotą chodzi. Uniosła powieki, a kciukiem wyzbyła się
śpiochów z kącików oczu. Poprawiła pasma włosów, które wiatr przerzucił na lewą
stronę głowy. Rozejrzała się wokoło. Rozpoznała, że nie jest na terenie jej
miasteczka, w którym nie było mowy o kwitnących akacjach i tak sporym jeziorze,
jakie właśnie znajdowało się przed nią.
-
Jest tu kto? – powiedziała najgłośniej, jak tylko potrafiła, a jej głos rozprzestrzenił
się po całym lesie odbijając się o taflę wody z kilkukrotnym echem. W
odpowiedzi usłyszała plumkanie żab, które na komendę wyłoniły się zza oczeretów
jeziornych.
Wstała. Dokładnie przyjrzała się
swojej akacji. Nauczycielka biologii wspomniała kiedyś, że rosnący na drzewie
mech wskazuje północ. Nikola nigdy nie przypuszczała, że informacje z lekcji u
pani Kozidro, odnajdą zastosowanie w prawdziwym życiu.
Poszukiwania Nikoli zostały
przerwane przez odgłos łamania się patyków pod ciężarem czyichś stóp. Zakryła
dłonią usta, aby nie słyszeć własnego oddechu i skupić się na wykryciu źródła
dźwięku. Pilny zmysł słuchu nakierował ją w stronę wysokich krzewin z białymi
jagódkami poutykanymi pomiędzy liśćmi. Dziewczyna powolnie cofała się w stronę
jeziora. Przerażona faktem, że prawdopodobnie przez ten czas była obserwowana,
wzięła do dłoni jeden z większych kamieni, jakie leżały na piasku przy brzegu.
-
Słyszałam Cię. Wyjdź z ukrycia! – spróbowała udać pewność siebie, jednak jej
głos przypominał skowyt tonącego psa. Zbliżyła się w stronę krzewin, aby stawić
czoło niebezpieczeństwu.
-
Powiedziałam, wyjdź. – stres nakazał jej zagryźć usta i ścisnąć kamień jeszcze
mocniej w dłoni, tak aby zsiniały jej z bólu palce.
Nie wytrzymała. Podbiegła do krzewu
i rozchyliła jego gałęzie. Ku jej zdziwieniu nie ujrzała tam nic, prócz kilku
lisich bobków. Odetchnęła z ulgą i wypuściła kamień z objęć. Nagle poczuła na
swoim ramieniu dłoń i paznokcie zaciskające się na jej obojczyku.
-
Witaj w Krainie Błękitnego Mchu, Nikolo. - usłyszała zza pleców ochrypły
starczy głos.
-
Błękitnego? Chyba...Oliwkowego Mchu... - wydusiła.
Nikola lekko zakrzywiła głowę w lewą
stronę. Nad jej ramieniem znalazła się kolejna ręka. Była w kolorze umierającej
czerni, przyozdobiona ścieżkami wyodrębnionych, białych żył. Dłoń otwarła się
przed jej oczami. Skrywała kilka łodyg mchu w odcieniu dojrzałej oliwki. Nikola
ostrożnie przyjęła prezent i schowała go w piąstce z dłoni.
-
Jeżeli szczerze zapragnęłabyś, aby zyskał błękitną barwę, zapewniam cię, że tak
by się stało. Teraz chcesz widzieć ją w kolorze oliwki — rośliny, której ilość
plantacji jest większa od wszystkich tulipanów i fiołków tego świata zebranych
w jedną stertę. To strach chroni Cię przed czymś nowym i niespotykanym, czego nie
ujrzysz w rowie przy autostradzie, przed widokiem błękitnego mchu. – powiedział
ospale i z wyraźnym trudem, jakie niosło mu wypowiedzenie każdego słowa. Po
czym zapadła cisza. Rozmówca zabrał ręce z jej ciała i cofnął się o krok.
-
Kim tak właściwie jesteś? – przemówiła dziewczyna z lekkim zwątpieniem.
Jednak
nie usłyszała odpowiedzi, bo jego już nie było. Nikola otworzyła dłoń i
spostrzegła leżący na niej, zgnieciony mech o błękitnym kolorze. Pierwszy raz poczuła, że szczerze czegoś zapragnęła.